Tam Cốc – miasteczko oddalone od Ninh Bình o mniej więcej kwadrans jazdy samochodem – staje się coraz popularniejszą miejscowością wypoczynkową. Wszystko za sprawą Rezerwatu Tam Cốc (Tam Cốc – Bích Động), który chroni zjawiskowe formacje skalne. Najprzyjemniej podziwiać je można podczas rejsu łódkami po rzece Ngo Đong. Czym jeszcze Tam Cốc przyciąga turystów? Słynnym wiosłowaniem stopami. Do tego liczne knajpki, sympatyczna atmosfera i dobra baza noclegowa. Bliskość wielu innych atrakcji sprawia, że warto spędzić w Tam Cốc 2-3 dni, a niektórzy nawet zostają dłużej. Zacznijmy jednak opowieść o Tam Cốc od rejsu, bo to właściwie symbol miasteczka.

Rejs w Tam Cốc
Główną atrakcję, która przyciąga turystów stanowi rejs po rzece Ngo Đong. Przez fakt, że okoliczne wapienne szczyty przypominają kształtem skalne wysepki rozsiane po słynnej zatoce Hạ Long okolica nazywana bywa „zatoką Hạ Long na lądzie”. Wapienne stożki, garby i zębiska dostojnie wyłaniają się z wody, a ich kształt, szczeliny, jaskinie to efekt kilku milionów lat geologicznej historii.

Tam Cốc znaczy „trzy jaskinie” i nazwa rezerwatu nie jest przypadkowa.
W trasie rejsu przepływa się przez 3 jaskinie: Hang Cả, Hang Hai, Hang Ba. Największa z nich, jaskinia Cả ma ok. 127 metrów długości i do 20 metrów szerokości. Hai liczy 60 metrów. Najkrótsza Ba „zaledwie” ok. 50 metrów długości i wyróżnia się najniższym sufitem.





Wpływając do jaskini odnosimy się wrażenie, że zaraz odkryjemy jakąś tajemnicę. A może mieszkają w tej jaskini dziwne stwory? Na szczęście zamontowano oświetlenie, więc aż tak mrocznie nie jest.

W Europie taki rejs chyba nie przeszedłby bez obowiązkowych kasków. Jakoś wszyscy instynktownie przyjmowali bezpieczną pozycję i nie było słychać, by ktoś przygrzmocił w stalaktyt.




Co jeszcze widać podczas rejsu
Po drodze mijamy też cmentarz. Położenie tuż nad wodą zaskakuje, bo takich cmentarzy z Europy nie kojarzymy. Niektóre grobowce właściwie postawiono na wodzie. Przyjrzymy mu się bliżej już podczas spaceru.

Wiosłowanie stopami
Turystów prócz przyrody fascynuje metoda, która obsługiwane są wiosła. Otóż „panie wiosłowe” i mniej liczni „panowie wiosłowi” wprawiają wiosła w ruch używając stóp, a nie rąk. Jedni machają nogami naprzemiennie, a inni wykonują ruchy symetryczne. Technika dowolna.

Z pewnością taka technika mniej obciąża kręgosłup szyjny, ale jak wyglądają stawy biodrowe po kilku latach takiej pracy?

Dało się zauważyć też kilku „panów wiosłowych”, którzy jednak wprowadzali łodzie w ruch klasyczną metodą, czyli przy użyciu rąk. Czy stosowali wyłącznie taką technikę, a może na przemian z nogami – trudno nam powiedzieć. W jaskiniach chyba wszyscy przechodzili jednak na wiosłowanie rękoma, bo łatwiej sterować wówczas łódką.

Osoby obsługujące łódki wykorzystują moment, gdy wysadzili gości przy świątyni na korzystanie z Internetu w komórkach. Im pewnie widok skał już bokiem wychodzi.

Pogadać sobie najczęściej z turystami nie mogą z powodu bariery językowej, a konwersacja przez translator w trakcie rejsu mało wygodna.

Patrząc na liczbę łódek zaparkowanych późnym popołudniem w rejonie przystani, widać, że zainteresowanie rejsami musi być naprawdę spore.

Obsługa turystów daje pracę, ale jakie są zarobki? Możesz przeczytać opinie, że niektórzy „łódeczkowi” wręcz domagają się napiwków. Jeśli chcesz z własnej woli docenić ciężką, fizyczną pracę od świtu do zmierzchu (niektórzy kończą ostatnie kursy już po zmroku), możesz wręczyć napiwek. Przyjęta stawka to 50-100 tysięcy dongów.

Wrażenia z rejsu
Rejs malowniczy, relaksujący, spokojny. Trafili się wokół nas turyści, którzy potrafili docenić urok tego miejsca i pomimo sporego ruchu na wodzie nie odnieśliśmy wrażenia, że sobie nawzajem przeszkadzamy. W efekcie 2 godziny relaksu na wodzie, ale też odrobina emocji, gdy przepływa się przez jaskinie.

Czytaliśmy relacje o nachalnym handlu z łódek, które podpływają z napojami itd. Podobno turyści czują się osaczeni. Nas takie doświadczenie ominęło, choć widzieliśmy podczas spaceru łodzie handlarzy zacumowane niedaleko cmentarza.

Nasza „pani wiosłowa” oferowała nam jedynie wyszywane obrazki (na pozostałych łódkach analogiczny proceder w drodze powrotnej), ale nie była szczególnie nachalna.

Jedyne, czego zabrakło, to łaskawości słońca. Szarawe skały na tle szarawego niebo wyglądały dość ponuro i groźnie. Zabrakło słonecznych refleksów na wodzie. Najważniejsze, że nie padało 😉

Gdzie kupić bilety na rejs
Na przystani, w centrum miasteczka Tam Cốc, można kupić wyłącznie bilety typu COMBO – czego początkowo pojąć nie mogliśmy. My chcieliśmy sam rejs bez dodatków i widzieliśmy tuż obok kasy łodzie z turystami przybijające do brzegu. Czym jest „combo”? Bilet obejmuje rejs jedną stronę, a w drodze powrotnej wysiadka w rejonie świątyń, zwiedzanie świątyń i powrót do miasteczka pojazdem elektrycznym (electric car, taki melex).
Wyjaśnienia pierwszej pani, gdzie da się kupić się bilety tylko na rejs były mocno pokrętne. Zrobiliśmy więc drugie podejście do kasy po kilku minutach. Na szczęście druga pani potrafiła jaśniej wskazać nam, gdzie kupuje się bilety wyłącznie na rejs. Nie byliśmy jedynymi, którzy się zirytowali przy kasie. Wystarczyłoby zrobić wywieszkę z mapką i przykleić na szybie.

Kasa przy parkingu
Bilety tylko na rejs – najzwyklejsze pływanie tam i z powrotem – można kupić w kasie przy wielkim parkingu przy tzw. main street – przy ulicy, którą wjeżdża się do miasteczka od strony Ninh Bình. Kilka minut spaceru od przystani. Tutaj parkują autokary przywożące grupy do miasteczka. Spod kasy, już z biletami na rejs wróciliśmy na przystań elektrycznym pojazd za darmo. Na mapach google znajdziesz to miejsca z opisem „Tam coc boating ticket counter”.

Spacer po Tam Cốc zamiast biletu combo
Polecamy także samodzielny spacer po okolicach Tam Cốc, na przykład do świątyni Thái Vi (Đền Thái Vi). Możesz też pożyczyć rower – większość pensjonatów wypożycza je swoim gościom za niewielką opłatą lub nawet za darmo. Na drodze ruch samochodów niewielki, więc droga bezpieczna.

Czy warto? Owszem. Można po drodze spotkać różne urocze zwierzaki, motyle, ciekawe rośliny. W listopadzie akurat pola ryżowe puste, ale zieleń soczysta.

Przechodzi się przez most nad rzeką Ngo Đong. Stąd można obserwować przepływające łodzie i skały.

Cmentarz w Tam Cốc
Idąc dalej, docieramy do cmentarza nad rzeką. Trzeba przyznać, że cmentarz na podmokłym terenie robi dziwne wrażenie.

Parafrazując tytuł znanego filmu, można by nazwać go cmentarzem pod wiszącą skałą, bo niektóre groby postawiono bardzo blisko wapiennych ścian. Wydaje się być zapuszczony, zarośnięty, ale w tej części świata bujna przyroda rośnie błyskawicznie.
Gdy staniemy na cmentarzu, zobaczymy łodzie, które są praktycznie na wyciągnięcie ręki.
Turyści w łódkach wydali się zaskoczeni, że ktoś chodzi po brzegu.

Po szwendaniu się wzdłuż cmentarza i rzeki, wracamy do głównej drogi. Znowu mijają nas zwierzęta gospodarskie, które same wracają grzecznie do domu.

Świątynia Thái Vi
Dochodzimy do świątyni Thái Vi. Odległość od przystani łódek do świątyni to zaledwie 1,5 kilometra. Ostatni kawałek spaceru bardzo przyjemny – droga obsadzona młodymi jeszcze palmami, spokój i potężne skały.
Świątynię zbudowano i poświęcono za czasów pierwszego władcy z dynastii Trần panującej w latach 1225-1400.

Legenda głosi, że pokonaniu Mongołów w 1258 roku, król Trần Thái Tông (1218-1277) zarządził wybudowanie świątyni, by świętować zwycięstwo i podziękować za nie.

Dwie proponowane lokalizacje nie przypadły władcy do gustu. Dopiero miejsce w pobliżu Tam Cốc wpisywało się idealnie z zasady feng shui. Świątynię wzniesiono w „miejscu otoczonym górami i błękitnym niebem”.


Trzeba przyznać, że wybrano urokliwe miejsce – blisko rzeki, a w tle majestatyczne skały. Jednocześnie miejsce bardzo podmokłe. Na szczęście trafiliśmy tutaj w sezonie, gdy nie ma komarów.

Jaskinia Thiên Hương
Po odwiedzeniu świątyni Thái Vi, wybieramy drogę biegnącą w prawo. Błyskawicznie docieramy do świątyni znajdującej się jaskini Thiên Hương. Wejście do jaskini znajduje się na wysokości ok. 3 metrów

Kilka kroków dalej znajdziesz przystań, gdzie rejs kończą turyści, którzy kupili bilet combo.


Punkt widokowy bez widoku
Poszliśmy jeszcze kawałek w lewo od przystani, najpierw wzdłuż rzeki, a potem wśród zieleni i skał. Skusiła nas reklama – miał być „view point”, w „wjupojnty” przecież wszyscy lubią. Taaa, okazało się, że to masa błota, żadnego punktu widokowego i jakiś zapyziały, opuszczony ośrodek wczasowy. Po drodze spotkaliśmy innych, którzy również dali się nabrać. Jedno było fajne – mostek.

Jak dojechać do Tam Cốc
Możesz bez problemu dostać się do Tam Cốc z wielu miast północnego Wietnamu. My wybraliśmy jednak pociąg z Hanoi do Ninh Bình (niewiele ponad 2 godziny jazdy), a ostatni odcinek przejechaliśmy Grabem pod same drzwi naszego pensjonatu (w Wietnamie – tak jak w Malezji i Indonezji – funkcjonuje nazwa homestay). Grab to znakomite rozwiązanie w Wietnamie – aplikację warto zainstalować jeszcze przed wylotem.
Gdzie zjeść w Tam Cốc
Lokali gastronomicznych w Tam Cốc pod dostatkiem. Nam bardzo przypadła do gustu knajpka o nazwie Father Cooking w sercu miasteczka, przy placu koło świątyni.

Szybko, tanio, smacznie i można płacić kartą. Pod szybami na stołach goście zostawiają na pamiątkę banknoty, monety i karteczki z opiniami. Może trafisz na nasz grosik? Dobre miejsce, by zjeść coś na szybko po rejsie czy innej wycieczce.

Knajpka o nazwie Relax Coffee – z widokiem na wodę – tuż obok romantycznego, łukowatego mostka stałą się naszym ulubionym miejscem na kolacje. Urok osobisty pani, która prowadzi restauracyjkę ujął nas w pierwszy wieczór tak, że nie chcieliśmy szukać innych miejsc na wieczorne posiłki. Najlepsze vege spring rolls (sajgonki) ever 😉

A tak przy okazji – ten most to znakomity punkt widokowy na płynące łodzie.

Podsumowanie
Rejs łodziami w Tam Cốc był naszym pierwszym rejsem podczas 3 tygodni spędzonych w północnym Wietnamie. Znakomitym wprowadzeniem w przepiękną wietnamską przyrodę i krajobrazy. W okolicy Tam Cốc jeszcze 2 opcje rejsów – Tràng An i rezerwat Vân Long. Samo miasteczko bardzo przyjemne – przypadły nam do gustu wieczorne spacery nad wodą.



