Szczyt znany jako Lying Dragon, czyli Leżący Smok przyciąga nie tylko turystów stacjonujących w Tam Cốc lub Ninh Bình. Wdrapanie się na górę stanowi także atrakcję także dla uczestników jednodniowych wycieczek z Hanoi – w ofertach nazywa się Mua Cave. Sama jaskinia Múa jednak grup zorganizowanych nie interesuje. Wszyscy pędzą od razu w stronę smoka na górze. Zacznijmy zatem naszą opowieść od smoka.

Lying Dragon
Główna atrakcja dnia – dziesiątki schodów wiodących na szczyt, a właściwie na dwa szczyty. Można doszukać się informacji, że wizyta u Leżącego Smoka wymaga pokonania ok. 500 schodów – nie liczyliśmy, więc na ten temat się nie wypowiemy.

W pewnym momencie dochodzimy do rozwidlenia. Na prawo schody prowadzące do pagody, a w lewo do Góry Leżącego Smoka (Núi Ngọa Long, ale możesz spotkać także nazwę Hang Múa Peak).


Niektórzy najpierw odwiedzają smoka, a inni zaczynają od pagody. My zaczęliśmy od niższego szczytu, a Leżącego Smoka zostawiliśmy sobie na deser.

Na niższej skale znajduje się pagoda. Rozpościera się stąd widok na okolicę, na wyższy szczyt (ten ze Smokiem), na lotosy – w sezonie musi tu być jeszcze piękniej.

Na szczycie ciasno i wąsko. Trzeba swoje odczekać, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Następnie trzeba zejść do rozwidlenia, by znów wdrapać się po kamiennych schodach. Wizyta u smoka to niezły fitness – widać, jak zadyszka unieruchamia tych, którzy na co dzień stronią od wysiłku fizycznego.

Docieramy najpierw do punktu widokowego. Z tarasu widać pola ryżowe, rzekę Ngo Đong i płynące łodzie, czyli to, co znamy z rejsu z Tam Cốc. Chwila oddechu i trzeba iść w górę znowu. Turysta nie ma lekko.

Do smoka ustawia się kolejka, ruch jak na Rysy w szczycie sezonu. Zdecydowanie nie moje klimaty – wąsko, ciasno i wysoko – rozsądek bierze górę i ostatni etap odpuszczam.

Jarek wdrapał się i „powędrował” kawałek wzdłuż figury smoka, ale do ogona nie dotarł.

Zawrócił wkurzony nadmierną liczbą ludzi. Smok i tak bez wizyty przy ogonie tam sobie nadal spokojnie leży i strzeże doliny.

Figura smoka
Majestatyczny kamienny Smok, odwiedzany codziennie przez tłumy ludzi, jest symbolem siły i strażnikiem regionu. Ochrania góry, ziemię i wody doliny Tam Cốc.

Mua Cave
Do niewielkiej jaskini – Hang Múa – zaglądają już tylko turyści indywidualni. Po zejściu schodami od Leżącego Smoka należy skręcić w prawo. Mijamy ładnie zaprojektowaną zieleń, wodospady, mostek, miejsce, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie na tle napisu Mua Cave. Można też odpocząć na huśtawce itd.

Jaskinia wprawdzie nie powala swoim pięknem, ale dla porządku zajrzeć trzeba. W końcu to od niej wzięła się także nazwa góry, na której odwiedziliśmy Leżącego Smoka.

Legenda głosi, że nazwa jaskini Hang Múa (Tańcząca jaskinia) świadczy o tym, że żony króla Trần przyjeżdżały tu wykonywać królewskie tańce i również król Trần w XIII wieku osobiście odwiedził to miejsce, gdy przybywał w Vũ Lâm.

Lotosy przy Mua Cave
Jakoś nas zaćmiło na widok lotosów. Zamiast przeć ostro po schodach w górę, gnać, by odwiedzić smoka, utknęliśmy na długo przy lotosach. Dostaliśmy tam jakieś radosnej głupawki. Wciągnęło nas fotograficzne polowanie na kwitnące lotosy, tym bardziej że listopad to nie szczyt sezonu kwitnących kwiatów i znalezienie dużych okazów nie było łatwe.

Lotosy działają na nas jak słoneczniki – nie można się od nich oderwać.

Szwendaliśmy się po drewnianych pomostach, przyglądaliśmy się różowym kwiatkom, a oczami wyobraźni widzieliśmy morze lotosów, które można tutaj podziwiać od maja do sierpnia. Dopiero z góry widać, że drewniane pomosty układają się w kształt kwiatu lotosu.

Porada: jeśli nocujesz w Tam Cốc lub Ninh Bình, postaraj się przyjechać tu jak najwcześniej, by uniknąć tłumów. Lotosy zostaw sobie na finał, a wcześniej wybierz wizytę u Leżącego Smoka.

Jak dojechać do Mua Cave
Z Tam Cốc dałoby się w rozsądnym czasie dojść na piechotę (zaledwie ok. 3,3 km) lub przyjechać na rowerze albo skuterze. My wcześnie rano dotarliśmy z Tam Cốc Grabem. Z Ninh Bình dojedziesz także na skuterze lub Grabem.

Podsumowanie
Na szczęście w listopadowe temperatury przyjemne, wilgotność powietrza również, więc dla sprawnych i aktywnych osób schody nie stanowią wielkiego wyzwania. Można jednak sobie wyobrazić, że w upale, gdy wilgoć wręcz stoi na rękach, może to być trudniejsze zadanie. Czuliśmy lekki niedosyt – niestety tłum przy smoku pokrzyżował nam możliwość spokojnego napawania się widokami z wysokości. Gdy przyjechaliśmy ok. 08:30, wydawało nam się, że jest całkiem pusto. Przy lotosach trochę nam zeszło, ale też było w miarę pusto. Dopiero gdy weszliśmy na schody, jeszcze przed rozwidleniem, jakby pękł balon pełen zorganizowanych grup. I to było to, czego nie cierpimy – turystyka grupowa.

