Wyspa Cát Bà (Đảo Cát Bà) staje się coraz bardziej popularna wśród turystów dzięki zatoce Lan Hạ (Vịnh Lan Hạ), która na szczęście jest mniej zatłoczona i skomercjalizowana niż słynna zatoka Hạ Long (Vịnh Hạ Long). W rzeczywistości zatoki się łączą, ale wrażenia z rejsów jednak odmienne. Rejs po zatoce Lan Hạ cudowny, jeśli chodzi o wrażenia estetyczne, przyrodnicze, a z drugiej strony nie wszystko było tak, jak mogło być. Mamy nadzieję, że nasze doświadczenia sprawią, że będziesz wiedzieć, czego można się spodziewać.

Wypływamy na rejs po zatoce Lan Hạ
Statki turystyczne odpływają z przystani Bến Bčo (Beo Port), niedaleko od centrum Cat Ba Town – dystans poniżej 2 kilometrów. Operatorzy (to chyba norma) organizują dla swoich klientów także transport z hotelu do portu. Kierowca przekazuje pasażerów pracownikowi, który będzie na statku opiekował się gośćmi. Wszystko dobrze zorganizowane – pomimo tłumu wszystko przebiega sprawnie. Po rejsie kierowca odstawi cię także do hotelu.

Gdzie kupić wycieczkę po zatoce Lan Hạ
W mieście pełno biur, które oferują rejsy. Ponadto większość hoteli i pensjonatów współpracuje z operatorami i oferty wycieczek znajdziesz też zapewne przy recepcji. Bez problemu można było zarezerwować i opłacić rejs nawet późnym popołudniem dzień wcześniej.

Oferty nie różniły się szczególnie ceną ani trasą. Wszystkie wycieczki odbywały się od 9:00 do 17:00.
Oblecieliśmy chyba 7 biur, bo nie chcieliśmy kajaków, ale wszędzie twierdzili, że kajaki są w pakiecie i najwyżej możemy nie pływać kajakami. Taaa, było to lekko irytujące. A na miejscu okazało się, że jednak nie wszystkie statki katują swoich pasażerów kajakami i też jest opcja z łódką. Nam nie udało takiej wersji znaleźć.
W cenie wycieczki oczywiście obiad. Jak to na morzu – dominują dania z morskich żyjątek i ryb. Jeśli jestem wegetarianinem, weganinem zgłoś to podczas rezerwowania wycieczki.

W cenie wycieczki także opłata za wstęp do parku narodowego.

Program wycieczki
Mimo że jest wielu operatorów, to oferty wyglądają niemal identycznie. Możesz kierować się nawet standardem statku – do wyboru z basenem, bez basenu, zjeżdżalnią itp.

Pływająca wioska Cái Bèo
Wypływając z portu (Cái Bèo Terminal), po chwili dostrzegamy wioskę na wodzie określaną jako Cái Bèo Floating Village (także Fishing Village). Ta pływająca wioska uchodzi za najstarszą na terenie Wietnamu. Można znaleźć informację, że w podobny sposób żyli ludzie już 6 – 7 tysięcy lat temu, co potwierdziły także badania archeologiczne. W domach na wodzie żyje dziś ok. 300 – 400 osób (różne dane dostępne na wietnamskich stronach). Domki nie mają w sobie nic historycznego, wszystkie jakby wyszły z jednej fabryczki domów modułowych, ale wygląda to schludnie.

Konstrukcję na wodzie utrzymują beczki. Wszystko domki utrzymane w odcieniach błękitu i zieleni z odrobiną żółtych elementów. Niektóre rodziny upiększają swoje domki donicami z kwiatami lub hodują zioła itd. Jednak zamiast grządek i przydomowych ogródków dominują przydomowe „baseniki” – pływające klatki, w których hodują różne żyjątka morskie, którymi handlują oraz zajmują się rybołówstwem. A na pomostach przy domkach dostrzeżesz psy, bo pies stróżujący i w takiej wiosce się przydaje. Tylko jak piesek ma obsikać drzewko?

Wioska wtopiona jest między wystającymi z wody wapiennymi skałami, co sprawia, że wody są tu spokojne i płytsze.

Dopiero od 2015 wioska została zelektryfikowana, co znacząco poprawiło warunki życia mieszkańców. Po wiosce organizowane są oddzielne wycieczki, działają restauracje, ale to atrakcja dla tych, którzy są smakoszami ryb i owoców morza. Można nocować w pływającej wiosce lub nawet towarzyszyć (oczywiście odpłatnie) rybakom w ich pracy, etc.

Wolisz samodzielnie zorganizować zwiedzanie pływającej wioski? Popytaj w porcie Bến Bèo (Beo Port) i dogadaj się na miejscu. Wróćmy jednak do rejsu.

Pływająca farma
W ramach rejsu przewidziany był postój na pływającej farmie. Hoduje się tam ryby caranx ignobilis – karanks żółtopłetwy. Z pyska mało sympatyczne istoty 😉
Akurat ten punkt dość daleki od naszych zainteresowań.

Kajaki i jaskinie
Drugi punkt to cumowanie w miejscu, gdzie wycieczkowicze przesiadają się na kajaki i płyną do jaskini o intrygującej nazwie: Dark & Bright Cave (Hang Ca). Jaskinia ma ok. 100 metrów długości, nazwa odnosi się od ilości dziennego światła w jaskini. W Internecie można znaleźć informację, że ciemna część jest niedostępna obecnie z powodów bezpieczeństwa.

I muszę powiedzieć, że gdy zobaczyliśmy, że pasażerowie innego statku wsiadają na łódeczki (a nie była to gromada dziaduniów), to nas potrzepało. Jednak się da.
Pominiemy detale prywatnych powodów, dla których w naszych wypadku kajaki nie wchodzą w grę. Kajaki to jest jednak aktywność niewskazana dla wszystkich.

Okazało się, że na statku cumującym obok nas sporo ludzi także zostało na pokładzie. Czyli jednak tego rodzaju atrakcja z takich lub innych względów nie interesowała wszystkich turystów.

Szkoda, że nie dano nam wyboru, nawet gdybyśmy mieli dopłacić, to z ogromną ochotą skorzystalibyśmy z łódki.

Monkey Island
Trzeci punkt to zacumowanie w pobliżu Monkey Island i dopłynięcie wpław na plażę i czas na poszwendanie się po plaży i wypatrywanie małpek. Pływanie wpław w morzu? Nie, kategorycznie odmawiamy.

Także tutaj na statku, który zacumował najbliżej nas, też wiele osób zostało na pokładzie.

Nawet jeśli ktoś umie pływać w basenie, to nie każdy odważy się pływać w morzu. Czy to atrakcja dla rodzin z dziećmi, dla seniorów? Fal nie było, ale musi i tak być głęboko, skoro cumuje tutaj spory statek turystyczny.

W ten sposób Monkey Island, na którą tak liczyliśmy, okazała się niewypałem. Niektórzy twierdzą, że można się tam nawet wdrapać na pagór i oglądać okolicę. Hmmmm, na skałę boso??? Ludzie ze statku cumującego obok nas łazili tylko po plaży, tuż nad wodą i w stronę zieleni nikt się nie pchał. Pojawiła się też niewielka łódź motorowa (wyglądała jak rybacka) i z niej goście nawet nie wyskoczyli na brzeg, choć podpłynęli naprawdę blisko plaży.

Na szczęście owocowy podwieczorek, a po nim cudowny zachód słońca zrekompensowały rozczarowanie.


Wrażenia z rejsu
We wstępie pisałam, że rejs był jakiś surrealistyczny. Otóż na statku była załoga, my oraz rodzice z dorosłymi synami (Amerykanie o wietnamskich korzeniach) i ich osobisty przewodnik-opiekun. Rodziców rejs chyba średnio interesował, bo siedzieli w jadalni, młodzi czasem wyszli na pokład. Oni na kajaki się wybrali, gdy my przymusowo leniuchowaliśmy na górnym pokładzie.

Po lunchu (przepysznym) nasza załoga dogadała się z przepływającym statkiem, że 2 pasażerki przesiądą się na nasz statek, który odstawi je do portu. Czy pomyliły statki, czy coś się stało – nie wiemy, ale wysiadły w porcie. I wtedy wysiadła też ta amerykańsko-wietnamska rodzina, czego wtedy nie zauważyliśmy, bo oni siedzieli cały czas w jadalni na dolnym pokładzie. Statek zawrócił w stronę Monkey Island, zacumował zgodnie z planem. Statek stał, my się nudziliśmy rozczarowani, że tam nie ma przystani.

Gdy tak płynęliśmy sami, czuliśmy się dziwnie. Jak jacyś burżuje, którzy wykupili statek dla siebie. Ciekawe, co myśleli pasażerowie przepływających obok nas jednostek 😉

Jedzenie bardzo dobre, obsługa sympatyczna i kulturalna, na statku bardzo czysto. Łazienki wyszorowane chyba lepiej niż szpitalach.

Zatoczki, skały i plaże
Najbardziej kusiło, by zatrzymać się na jednej z niewielkich plaż ukrytych między skałami, by tam się zaszyć w ciszy. Czasem na takiej zacisznej plaży widać było niewielką świątynię, więc miejscowi z pewnością tam docierają.

Skały wystają z wody pojedynczo i w grupkach. Niektóre z nich po tysiącach, milionach lat działalności wody i wiatru nabrały ciekawych kształtów. I zapewne dawno temu, by ułatwić nawigację po zatoce, nadano co ciekawszym skałom nazwy. Przypominają Wietnamczykom żółwia (nam bardziej ślimaka), dzwon, brzoskwinię, ropuchę, głowę rybaka i itd. Takich skał, wysepek doliczono się ok. 400.

Do najczęściej fotografowanych z pewnością zalicza się skała/wysepka zwana po angielsku But Islet lub Pen Islet.

Skała-żółw
Nie będziemy opowiadać o wszystkich skałach, ale zatrzymajmy się na chwilę przy ogromnym żółwiu. Ta skała (czasem nazywana wysepką), ma nawet swoją legendę. Dawno, dawno temu w wodach zatoki Lan Hạ mieszkał duży żółw, który podczas sztormów pomagał rybakom bezpiecznie wrócić do domów, przeprowadzał ich między wystającymi skałami. Podczas jednej, nad wyraz ciężkiej burzy żółw widziany był po raz ostatni. Według legendy zamienił się w skałę, wysepkę, by już zawsze pilnować bezpieczeństwa rybaków i chronić zatokę przed wichrem i wielkimi falami.

Podsumowanie
Jako że mieliśmy okazję przetestować rejsy po obu zatokach – Lan Hạ i Hạ Long – możemy powiedzieć, że rejs po Lan Hạ sprawił nam więcej estetycznej radości. Tutaj dodać trzeba, że rejs na pustym niemal statku był trochę surrealistyczny. My sami na górnym pokładzie, a mijały nas statki pełne turystów, gwaru i śmiechów. Jedna z najdziwniejszych, ale też najpiękniejszych wycieczek w życiu.

